***
Stwarzam piekło jasnych dni
Katorżniczym mimochodem
Płonąc wściekle rwę ze snów
Przywidzenia
Okręgami wzniosłych ust
Podniesieniem świętych miejsc
W erogenny rzucam grzech
Pokuszenia
Matką Boską na kominie
Wódką Czystą kroplą krwi
Błysk w ornatach świata złotem
Rozgrzeszenia
Cichym traktem Wspomnień grą
Rozerwanym torsem bladym
Tworzę niebo pluchą łez
Poema
***
Nie wypowiem serca
Symfonii wzruszeń
Rzewnego smyczka
W ciszy świec zatopiona Atlantyda
I ty gdzieś daleko.
W zamkniętej piersi
Tłamszony spazm
Stęskniony nów
W biegu komet rozpalony stos
I ja też daleko.
A mimo to pijemy z jednego kubka
Na przekór tym co nie wierzyli
W szczęśliwy układ planet.
***
Na rzęsie zawisła łza
Stworzona niepewnością zdarzeń
Kruchą taflą dnia
Ulotnością marzeń
W wazonie róże zasnęły
Pociemniały żalem uśpionym
W dłoniach zaklęty kamień –
To miłość cierpliwie czeka
***
Bywają Muzy sarkastyczne
Orężem słów na wietrze lśniące
Szpicą godzące beznamiętnie
fałszywych serc obłudne żądze.
Bywają Muzy lotne, zwiewne
Co rankiem mgłę na trawie ścielą
I nim ideą wzlecą boską
Już zwykłą stają się niedzielą.
Są Muzy wietrzne Są okrutne
Co pajęczyny, złudy plotą
Muzy anioły bałamutne
Muzy jak mosiądz i jak złoto.
Bywają Muzy jak dziewczęta
Jak twoja twarz na pożegnanie
Jak pućki, nóżki, jak rączęta,
Nieokreślone nieopisane.
Muzy na co dzień i do łóżka
Te w papierosowym dymie
I Muzy na srebrnych łańcuszkach
W suterenie zapomniane.
I wśród mnogości Muz pytanie
Wątpliwością kładzie cienie,
Jak mieszczą się one w tobie
- ty moje małe natchnienie.
***
Pod paznokciem gdzieś zgubiłem
W sweterku ciepłym jak poezja
W galopującym czasie złudzeń
Dziurawy statek myśli.
*** Poranne nekrologi
Chciałoby się coś
Może najmniejszą rzecz;
Przebity sztyletem dzień
Krwawi świadomością
Na rozmytym pejzażu;
Snem rozgrzeszającym
Śpią nieodpowiedzialni
I szaleni;
Czyż w ogóle można żyć
Rysując koła cyrklem?
Ci wszyscy praktyczni
Z wyrobionym zdaniem
Na kolejny wiek
O duszach niczym
Opuszczony PeGeeR;
Obecnością to tu to tam
Świadomością umierania
Ugodzeni stają się
Jakby mniej –
Jakby ich nie było;
Chcąc wymazać noc
Parzoną kawą
W rozkroku pomiędzy
Obojętnością a nadzieją
Nie mam siły
Przekrzykiwać myśli;
Tandetą skrzypiące uwielbienie
I te oczy setki oczu
Nawiedzonych jedną myślą;
Ci których mierzi
Wyścig o bóg wie co
Noszą w kieszeniach
Zachwyt dla kropel
Malujących ulice
Obojętną szarością;
Kochają szalenie
Marzą niedbale
Umierają po cichu
Bez wyrzutów
Zadowoleni.
- -
***
nie myśl Skarbie o gorączkach,
spójrz na kota ciepły sen
jak na wąsach złotych pączkach
kirem przykrył zwykły dzień;
nie myśl Skarbie o kłopotach
pod tym Klonem zardzewiałym
kiedy liście w papilotach
budzą świtem poszarzałym;
nie myśl Skarbie o adresach
pochowanych w twarzach ulic
o krwiożerczych zimnych biesach
które gryzą zwykłych ludzi;
o rozmowach całonocnych
płaczu co w poduszkę wsiąkł
pocałunkach beznamiętnych
w splotach zakochanych rąk;
pomyśl tylko o motylach
które drżą na wietrze złotem
o tych życia krótkich chwilach
mijających gdzieś za płotem.
***
Poza ziemią głębia stworzeń
Z których kosmos jest kropelką,
Poza życiem myśli zgubne
W grzywach koni wiezionych na rzeź,
Poza trwaniem rzeki wspomnień
Pełnych słów szeptanych w biegu,
Poza światem własny kąt
Odebrany skromnej muzie dawnych lat.
Poza snem złudna trzeźwość
Tępy masyw ludzkich skał,
Poza jawą nieśmiertelność
Utopiona w literatce nocy,
Poza tobą milion gwiazd
Tęskniących w wodach zimnych jezior,
Poza mną wszystko co ma sens
Szary pył polnych dróg.
***
Takie jedno zapatrzenie
Zamyślenie zatrzymane w pół
Jasnym okiem zabarwione
Pożądanie twoich ud.
Wśród naręczy białych bzów
Czarci pomysł nagle spadł
I poleciał do twych ust
I rozkazał bym cię skradł.
Więc zabrałem cię tej nocy
Kiedy księżyc zakrył twarz
I spojrzałem w twoje oczy
Zatrzymawszy dla nas czas.
***
Twoja dłoń samotna,
Moje usta opuszczone,
Oddzielone murem czasu
Głuchym szeptem zatrwożone
Grą stosownych zdań najprostszych
Uleczalnym brakiem łez
Cichym kołataniem serca
Wiecznym aż po kresów kres.
Twoja dłoń samotna,
Moje usta opuszczone,
Wobec siebie takie obce
Choć dla siebie dziś stworzone
Tym spojrzeniem przezroczystym
Zrozumieniem nazbyt wątłym
Kasztanowcem rozpostartym
Życiem pięknym światem podłym.
Twoja dłoń samotna,
Moje usta opuszczone,
Zakreślone chmurne niebo
Wzrokiem tęsknym upiększone
Opuszczone myślą lotną
Samotnością beznadziejną
Zasłuchaną w cztery wiatry
Zamienioną w słowo jedno.
***
Za horyzontem życie moje
Znika jak czerwony karzeł dnia
Z chmury pękniętej na wskroś
Przebija piołun stalowy
Rumak co kopytami miażdży
Trzewiami rzygając śmierci w oczy
Jak zgnieciony rozmodlony
Ukrzyżowany ssak.
Śmierć biała ustała
Na krawędzi moich powiek.
***
Wypłakałem twoje oczy
Na gościńcu mych przeznaczeń
Wymodliłem twoje słowa
Na ołtarzu samotności
Wycierpiałem w prostych wierszach
Tchnienie myśli – ukojenie
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Z rozsypanych słów powstałaś
Wśród dojrzałych pomarańczy
- muzo czarnolistnych oczu
Wyśpiewałem twoje myśli
Pocałunkiem szeptem drżeniem
Połamanym niebem krwawiąc
Trwoniąc skargi w cztery kąty
Wybłagałem twe spojrzenie
Tchnieniem myśli – ukojeniem
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Z pogubionych marzeń wstałaś
Znad przepaści snów strąconych
- muzo czarnolistnych smutków
***
Rozbierz się dla mnie
W kaprysie nocy
Na podkowie gwiazd
Roztańczony balet rąk
I moich myśli
Zerwij cumy ust
Z oziębłości bliskich serc
Na brzuchu zostaw
Tylko kilka pragnień
Zrzuć jedwabiu wstyd
I stań naga na ostrzu źrenic
I błagam nie mów
Że grzeszysz
***
Zaczekaj nie odchodź
Sekundo teraźniejszości,
Nie zdążyłem się nacieszyć
Nie zdążyłem się zasmucić
A ty już pognałaś dalej
Gubiąc wśród Malw czerwonych
Zbyt krótkie kochanie.
Zaczekaj nie odchodź
Chwilko momentko zbyt szybka,
Daj zamknąć się w wierszu
Daj zamknąć się w dłoniach
A ty wciąż dalej i dalej
Gubiąc wśród drzew zielonych
To pierwsze kochanie.
***
Spopielone skrzydła nie wzlecą
W deszczu zapomną czym kiedyś były
Czy myślą wieszczą czy nieistnieniem
Zwątpieniem przyszytym do skóry;
Kiedyś przed oczami stanie
Krzew rudopłomiennych liści
Jak wypłakane kochanie
Jak umarli artyści.
—————